Listopad…

Może kiedyś uda się jeszcze spędzić w Polsce 1 listopada. Pójść na cmentarze, zapalić świeczki, spotkać ludzi, przejść się jesiennym parkiem, poczekać do zmroku, kiedy wszystko rozbłyska milionem zapalonych zniczy…

Na razie się nie udaje. Więc co roku próbuję sobie ten czas wypełnić zastępstwem lokalnym. Tutaj nie ma 1 listopada, świec na cmentarzach, nie ma łuny miliona świateł. Pewnie na tym polskim św. Wojciecha ludzie odwiedzają groby bardziej licznie w okolicy 1 listopada. Nie jest to jednak to samo.

Co roku staram się odwiedzić National Museum of Mexican Art w Pilsen, żeby poczuć choć przez chwilę ten klimat 1 listopada. Meksykanie i chyba w ogóle latynosi świętują 1 listopada Dia de Los Muertos czyli Dzień Zmarłych. Budują ołtarze (Ofrenda) dla swoich bliskich, którzy odeszli, a na tych ołtarzach jest to, co w pamięci po tych bliskich zostało – zdjęcia, ubrania, drobiazgi, ulubione napoje, słodycze, jedzenie, do tego świeczki, które dają to ciepłe światło, cukrowe czaszki kolorowe, czasami lalki z twarzami pomalowanymi jak czaszki, i nagietki (marigolds). Te nagietki pamiętam z Polski!

I co roku muzeum organizuje wystawę na temat Dnia Zmarłych, a do tego konkurs na ołtarze, które budują rodziny na terenach dookoła muzeum. Są też kramiki z róznymi wyrobami i jhedzeniem. W tym roku to świętowanie wypadło w sobotę, 25 października. Spóźniliśmy się na wystawę i muzeum zamknęli o 6 pm, ale udało się zobaczyć ołtarze. Może jednak zacznę od tego, co dzięki wizycie w tym miejscu uzupełniło moją kolekcję czaszek i innych pamiątek związanych z Dia de Los Muertos:

Czarny piesek przyjechał wcześniej z Little Village. Piotrek robił zdjęcia na proteście tam i nie mógł się oprzeć. Poza tym nawet drobnostka tam kupiona wspiera tę społeczność, co teraz jest mega ważne.

Ale mielismy choć na chwilę uciec od koszmarów codzienności. Więc przenieśmy się na tereny dookoła muzeum. Po zmierzchu ołtarze rozbłysły światłem świec:

To jest niesamowite. Ile oni poświęcają na to czasu i ile bólu i wspomnień… Kiedyś może i uda się spędzić 1 listopada na cemtarzu gdzieś w Meksyku. Chciałabym to zobaczyć na żywo.

Moją drugą tradycją listopadową jest odwiedzenie Graceland Cemetery w Uptown – niemal za płotem mam ten cmentarz, tylko bramy wejściowe w takich miejscach, że mamy z Berniem dodatkowy spacer. No i trzeba przyznać, że jesienią, kiedy drzewa robią się kolorowe, ten cmentarz prezentuje się niebywale. Dziś jeszcze dopisała pogoda. Wyruszyliśmy z Berniem złapać kilka dobrych ujęć… Szkoda tylko, że nie zakręciłam porządnie jego butelki z wodą, która zalała mi cały plecak i pół pleców, ale przeżyłam!
Spacer po Graceland to trochę jak wyprawa na Powązki w Warszawie. Tylko tutaj nie jest tak ciasno i nagrobki trochę inne. Ale sporo sław znalazło tu swoje ostateczne miejsce.



Teraz plany na jesień i Święto Dziękczynienia, które w tym roku będzie trudne. Za co tu dziękować, jak dookoła rzeczywistość żywcem wyjęta jakby z wojennego filmu… Koszmar.

No nic, zobaczymy jaki będzie listopad i z czym jeszcze przyjdzie się zmierzyć…

Zdjęcia: Ewa Malcher/ewamalcher.com
© Ewa Malcher, 2025. All Rights Reserved
#teampixel #teamnikon

Leave a comment