Fall is coming…

Fall is coming…
Mimozami… jesień się zaczyna…

Nie, to jeszcze nie jesień. Jeszcze lato, końcówka. Ale nie będę po nim płakać. Czekam z utęsknieniem na jesień, kiedy zniknie wilgoć, będę mogła oddychać, a nóżki nie będą jak balony. A to oznacza, że będzie można wziąć aparat i chodzić i chodzić!

A propos chodzenia. Nie pamiętam kiedy trafiłam na info i tym parku – Ping Tom Memorial Park. Pewnie przy przeglądaniu mapy przed którąś z wizyt w Chinatown. Nie mogło być to bardzo dawno temu, bo park w całości działa od 2013 roku. Ale powstawał od 2009. Nie pamiętam. Tylko wiem, że chciałam tam zajrzeć i zobaczyć. Bo na zdjęciach w internecie wyglądało na ciekawe miejsce. Nawet kiedyś szukałam jak tam wejść, bo to nie jest takie proste. Wejście jest “ukryte” w osiedlu townhausów. Park w połowie “przecina” wiadukt z 18 Ulicą,który biegnie nad rzeką i po północnej stronie wejście do parku nie ma – jest między domami po południwej.

map

Sam park przynajmniej dzisiaj był oazą spokoju. Niewielu spacerujących. Kilka osób z aparatami – jak my. A myslałam, że może być trochę tłoczno, bo dziś dla wielu był dzień wolny od pracy – Labor Day. W Stanach to też takie symbolizne zamknięcie sezonu letniego.

 

Przy okazji. Do parku można dopłynąć Water Taxi. I to jest rewelacyjna opcja, żeby się tam dostać! Wsiada się na Michigan Ave. w downtown, przy budynku Wrigley i Trumpie, a wysiada w Ping Tom Memorial Park. Cena $7. Czyli wycieczka rzeką Chicago na najabrdziej atrakcyjnym odcinku za 1/6 ceny! (Chicago Architecture Foundation River Cruise kosztuje $44). Mam już plan na przetestowanie tej opcji ;)

W parku są też widoki na dwa zabytkowe mosty. Ponieważ usytuowane one są w dość bliskiej odległości, więc robi wrażenie ich wielkość i konstrukcja! Najbliżej można podejść do Canal Street Railroad Bridge. To jedyny w Chicago most podnoszony poziomo (ang. vertical lift). Nie otwiera się, ale podnosi do góry. Może kiedyś uda mi się usłyszeć jakie wydaje przy tym dźwięki! Tak wygląda:

2

3

Ten “zamyka” park od południa. Drugi – zamyka od północy. To St. Charles Air Line Bridge. Po angielsku nazywa się bascule bridge czyli zwodzony. Ten akurat jest jednoskrzydłowy – jak doczytałam w Wikipedii. Też robi wrażenie!

5

Też musi wydawać niezłe dźwięki przy podnoszeniu!

W samym parku sporo jest ławek lub nawet trawy w cieniu drzew, gdzie spokojnie można sobie przysiąść, czy rozłożyć koc i cieszyć się jeszcze latem, a za chwilę jesienią. Ja dziś posiedziałam na jednej z ławek i była nawet dłuższa chwila na poczytanie. I tak to ja mogę w każdy poniedziałek ;)

 

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Najlepsza sala koncertowa na świecie. Za FREE

Najlepsza sala koncertowa na świecie. Za FREE
Lato zbliża się ku końcowi. Nie będzie mi go brakować. Znów nie mam w tym roku wakacji więc zmęczenie daje mi się podwójnie we znaki. Nie pomagają upały i prawie 100 proc. wilgotność. To lato jest koszmarne, podwójnie dla kogoś, kto zmaga się też z otyłością. Jak już dokulam się popołudniami do domu, to większość czasu przesypiam, próbując trochę wygrać ze zmęczeniem. Słabo mi to wychodzi.
Przez te warunki pogodowe udało się tylko kilka razy – na palcach jednej ręki można policzyć – posłuchać koncertów w ramach Grant Park Music Festival (GPMF).

Bardzo żałuję, ale lepsze kilka niż nic. A wieczory w Jay Pritzker Pavilion w Parku Milenijnym są po prostu najlepsze. Uwielbiam ten klimat. Tym bardziej, że w tym roku z Panem P. odkryliśmy parking o rzut beretem w sąsiedztwie parku, który jest w cenie podróży kolejką. Luksus jak na downtown – parkowanie w sąsiedztwie MP za $10 ;)

No więc te wieczory, w które się udało (koncerty odbywały się w środy oraz w piątki-soboty) zaczynały się od podróży:

20160819_181820

20160819_182059

Jeszcze ze słońcem, ale takim ciepło popołudniowym, bo po 6pm.

Po drodze szybko jeszcze jakaś mrożona kawa, trochę owoców w coolerku, zapas wody w butelkach i do parku. Przejście z parkingu zajmuje może z 5 minut. I już Jay Pritzker Pavilion.

20160819_194010

Koncerty zaczynały się o 6.30pm lub o 7.30pm więc jeszcze było jasno. Na trawniku full zestawy piknikowe już rozłożone. Nam się w tym roku z ogarnięciem pikniku znów nie udało, ale jest już jeden mały postęp – zakupiony wózek do przewozu gratów na trawnik ;) Zawsze coś.

I muzyka…

Kto miał okazję choć raz w Jay Pritzker Pavilion usiąść – obojętnie czy na krzesłkach, czy na trawie – i posłuchać tam muzyki to wie, że dźwięk tam jest piękny. Nagłośnienie jest perfekcyjne w każdym miejscu. Słychać dobrze i głośno. Większość koncertów odbywa się w tym miejscu za darmo – za FREE. W czasie GPMF siedzące miejsca (słynne czerwone krzesłka) te w pierwszych rzędach są zarezerwowane dla członków i tych, którzy wykupią miejscówki. Reszta – kto pierwszy – ten siedzi. Miejsca jest sporo. I zazwyczaj każdy znajdzie swoje.

Na trawniku odbywają się całe uczty piknikowe ze stolikami uginającymi się od jedzenia i butelek z winem. Od bodaj dwóch czy trzech lat w te koncertowe dni na terenie Parku Milenijnego sprzedawany jest alkohol – wino i piwo, ale tylko w otoczeniu Jay Pritzker. Pod “Fasolkę” już się tego nie wyniesie. Można też przynosić swoje napoje z procentami. W tym roku na wjazdach przy pawilonie ustawiały się też Food Trucki. Dla mnie w tym roku na picie wina w tym miejscu zdecydowanie za ciepło było i jeszcze jest. Ale mrożona czarna kawa – idealna :)

No i jak już człowiek się z tym wszystkim ogarnie, usiądzie, zacznie sobie podjadać, sączyć co tam ma w kubeczku czy puszcze, zacznie grać muzyka i powoli zapada zmierzch… I finalnie, na koniec wszystko wygląda tak:

20160819_212849

20160819_212857

20160819_212902

20160819_212908

I nie chce się stamtąd wychodzić.

Tak było w piątek, kiedy upał trochę sobie odpuścił i dało się nawet poczuć lekki chłodny wietrzyk…

Na zakończenie sezonu 2016 zaserwowano słuchaczom “The Damnation of Faust” (Potępienie Fausta) – czteroczęściowa kantatę dramatycznę z muzyką Hectora Berlioza. Prawie 4 godziny. Nie wiem kiedy minęły. I mimo pogody-niepogody, żal mi, że te wieczory z Grand Park Music Festival już się skończyły…

A potem powrót do domu:

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Mieszkam w Uptown!

Mieszkam w Uptown!
Mogłabym tak zaczynać każdą sobotę :) Zaczęło się od tego PLAKATU w Uptown Update i aż wstyd było się nie zapisać. Mogłabym na tą wycieczkę pójśc niemal w piżamie, z kubkiem kawy prosto ze stołu, bo to dwie ulice obok. Ale generalnie ja w piżamach po ulicy nadal tu nie biegam – choć jest to czasami moda obowiązująca. Ubrałam jednak strój wygodny, buty też – podobnie pan P. i wyruszyliśmy. Zbiórka była przed ulubionym “Baker & Nosh“, gdzie jeszcze zdążyliśmy i coś zjeść i napić się kawy.

Oprócz nas przed piekarnią zjawiło się około 20 osób. Każdy dostał bardzo dobrze przygotowaną mapę Sheridan Park z opisem:
mapkaNa odwrocie historia tego rejonu. I to nie była jakaś wycieczka, że ktoś pozbierał po 10 dol. od “łebka”, pokazał 3 domki na krzyż, powiedział, że  Sheridan Park to ta i ta ulica, plus jakieś dwie daty i do domu. O nie. Chodzenia było przez ponad dwie godziny – w sumie po dwóch ulicach, które biegną równolegle do mojej – gdzie mieszkam. Ale otwarły mi się oczy. Wiem, że tu są najstarsze domy w Chicago – prawdziwe perełki. To można też zauważyć po ich cenach. Jeśli nie macie na zakup w okolicach 1 miliona dolarów, to raczej szukajcie domu gdzie indziej…  Przede wszystkim widać to jednak po tym, jak wyglądają. A jeszcze jak ktoś nagle otwiera oczy na pewne szczegóły, które normalnie podczas spaceru pozostają niezauważone, to dopiero człowiekowi szczęka opada. Historie tych domów to nie tylko daty ich powstania, ale też nierzadko tragiczne historie rodzinne albo i takie z happy end’em. Każdy dom to zawsze jakaś historia człowieka.

Najbardziej podobały mi się komentarze przewodnika – Martina Tangora. Nie jakieś tam pierdu pierdu, tylko konkretnie – tak było, tak jest i tak będzie. I nie ma sentymentów. Żyjemy w świecie w jakim żyjemy i niestety głównie decyduje w nim PIENIĄDZ. Co na rynku nieruchomości, a już w takiej dzielnicy jak Uptown, jest widoczne. Ale nie jest najgorzej. I tego się trzymajmy.

Dodatkowo tą wycieczką niejako zainaugurowało taki cykl wycieczek Uptown Historical Society, co bardzo mnie cieszy. Jesteśmy już na ich liście mailingowej, więc nic nie umknie – no, nie powinno.

Bo ja po prostu lubię wiedzieć, gdzie mieszkam. A mieszkam po sąsiedzku z najpiękniejszą ulicą w Chicago – z Dover St. Na szczęście nie grozi mi spadek w wysokości miliona dolarów, więc o mieszkaniu na Dover St. mogę zapomnieć. Trzeba dalej szukać w high-rise, gdzie pozwalają trzymać Frenchie ;)


Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved