Schody, schody, schody…

Schody, schody, schody…
Od kilku tygodni słyszę od Tereski o schodach i schodach. Ale co to za schody? Z tym już było cięzko. Niby jakiś las, strome, do wchodzenia. Pokazała mi jedno zdjęcie zrobione gdzieś z tarasu widokowego, z którego schodów widać nie było.

Ale nadeszła niedziela i zobaczyłam schody. Wyglądają tak:

SAM_1760

To tak zwany Swallow Cliff w Palos Park, na południowy zachód od Chicago. Wzniesienie ma 100 stóp. Oprócz schodów są jeszcze ścieżki do maszerowania, jeżdżenia rowerami, polany przygotowane pod pikniki. Teren generalnie zielony i zachęcający do przebywania na nim. Nie polecam jednak przy 100F i wilgotności 90%. A byli tam dziś tacy, którzy po tych schodach wbiegali… Osobiście uważam, że ćwiczenie jakiekolwiek w tych warunkach, jakie mamy od kilku dni na zewnątrz (upał i wilgotność w granicach 100 – F i %), to raczej wyrządzanie szkody organizmowi niż jakijkolwiek pożytek dla zdrowia. Ale to moje zdanie.

Po tych schodach weszłam dzisiaj dwa razy. W dużym odstępie czasu. I tylko dlatego, żeby zrobić zdjęcia i zobaczyć. Nie udawałam, że jestem jakimś mistrzem sportowym, bo po pierwsze to widać, że nie jestem, a po drugie łatwo się nieźle urządzić w takich warunkach pogodowych.

Ale zobaczyłam. I nie powiem – fajne miejsce. Na pewno wrócę tam w trochę lżejsze temperatury. Poza tym jesienią będzie tam niezły plener do zdjęć!
No i….. muszę policzyć ile tych schodów jest! Bo dzisiaj tego nie zrobiłam.

A tu kilka ujęć z przejścia lasem.

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Mieszkam w Uptown!

Mieszkam w Uptown!
Mogłabym tak zaczynać każdą sobotę :) Zaczęło się od tego PLAKATU w Uptown Update i aż wstyd było się nie zapisać. Mogłabym na tą wycieczkę pójśc niemal w piżamie, z kubkiem kawy prosto ze stołu, bo to dwie ulice obok. Ale generalnie ja w piżamach po ulicy nadal tu nie biegam – choć jest to czasami moda obowiązująca. Ubrałam jednak strój wygodny, buty też – podobnie pan P. i wyruszyliśmy. Zbiórka była przed ulubionym “Baker & Nosh“, gdzie jeszcze zdążyliśmy i coś zjeść i napić się kawy.

Oprócz nas przed piekarnią zjawiło się około 20 osób. Każdy dostał bardzo dobrze przygotowaną mapę Sheridan Park z opisem:
mapkaNa odwrocie historia tego rejonu. I to nie była jakaś wycieczka, że ktoś pozbierał po 10 dol. od “łebka”, pokazał 3 domki na krzyż, powiedział, że  Sheridan Park to ta i ta ulica, plus jakieś dwie daty i do domu. O nie. Chodzenia było przez ponad dwie godziny – w sumie po dwóch ulicach, które biegną równolegle do mojej – gdzie mieszkam. Ale otwarły mi się oczy. Wiem, że tu są najstarsze domy w Chicago – prawdziwe perełki. To można też zauważyć po ich cenach. Jeśli nie macie na zakup w okolicach 1 miliona dolarów, to raczej szukajcie domu gdzie indziej…  Przede wszystkim widać to jednak po tym, jak wyglądają. A jeszcze jak ktoś nagle otwiera oczy na pewne szczegóły, które normalnie podczas spaceru pozostają niezauważone, to dopiero człowiekowi szczęka opada. Historie tych domów to nie tylko daty ich powstania, ale też nierzadko tragiczne historie rodzinne albo i takie z happy end’em. Każdy dom to zawsze jakaś historia człowieka.

Najbardziej podobały mi się komentarze przewodnika – Martina Tangora. Nie jakieś tam pierdu pierdu, tylko konkretnie – tak było, tak jest i tak będzie. I nie ma sentymentów. Żyjemy w świecie w jakim żyjemy i niestety głównie decyduje w nim PIENIĄDZ. Co na rynku nieruchomości, a już w takiej dzielnicy jak Uptown, jest widoczne. Ale nie jest najgorzej. I tego się trzymajmy.

Dodatkowo tą wycieczką niejako zainaugurowało taki cykl wycieczek Uptown Historical Society, co bardzo mnie cieszy. Jesteśmy już na ich liście mailingowej, więc nic nie umknie – no, nie powinno.

Bo ja po prostu lubię wiedzieć, gdzie mieszkam. A mieszkam po sąsiedzku z najpiękniejszą ulicą w Chicago – z Dover St. Na szczęście nie grozi mi spadek w wysokości miliona dolarów, więc o mieszkaniu na Dover St. mogę zapomnieć. Trzeba dalej szukać w high-rise, gdzie pozwalają trzymać Frenchie ;)


Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved